4 Luty 2010

Smak legendy

Każdy winiarski kraj ma swojego idola, swoją „ikonę”, swój niedościgły ideał, do którego winomani aspirują jak krzyżowcy do Jerozolimy. We Francji to Domaine de la Romanée-Conti, w Niemczech – Egon Müller, w Hiszpanii Vega Sicilia. We Włoszech tym idolem jest Giacomo Conterno. Produkująca raptem 45 tys. butelek i od dawien dawna jedynie trzy etykiety piwnica w Barolo jest brylantem w koronie Italii. Reprezentuje niewzruszony porządek przekopernikańskiego świata, w którymi gospodarstwa rolne nie miały specjalistów od marketingu, wino robiło się wedle od pokoleń sprawdzonych metod, a syn o ojcu mówił wyłącznie z użyciem przydawki grande uomo.

Na niewzruszenie staromodnych etykietach widnieje wciąż imię odnowiciela posiadłości, Jakuba; pozostawili je tam jego syn Jan, niedawno zmarły, oraz syn Jana Robert. Jan i Robert nie zmienili także niczego w procesie produkcji tutejszej Barbery i Barolo, a wyrażana cynicznie przez prasę amerykańską nadzieja, że po śmierci Jana dojdzie tu do dawno upragnionej „modernizacji” okazały się płonne: Roberto Conterno zamiast zainstalowania baryłek zaordynował kontrolę i remont starych beczek. Po tym zabiegu, powiedział mi jesienią 2005 r., jest nadzieja że dożyją 100 lat.

Bardzo żałuję, że nie stać mnie na picie Barolo Cascina Francia (95€) i Barolo Riserva Monfortino (300–600€ w zależności od rocznika), win o majestatycznej, epickiej strukturze, przy których pijący czuje się mały jak mysz u podnóża góry, win o niezapomnianej finezji dotykalnego, świeżego owocu, do której zdolne są tylko ci, którzy niczego nie udają i nie idą na żaden kompromis z „oczekiwaniami konsumentów”, lecz swą jakość czerpią wyłącznie z własnych, głęboko wpojonych zasad. Życzę Państwu, by zdarzyła się im chwila obcowania z tymi włoskimi brylantami. (Do niedawna Cascina Francia 1993 i 1994 dostępne były w 101win.pl, ale znikły z katalogu; to jedyna dostępność w Polsce, o której mi wiadomo).

Beczki długowieczne i cierpliwe jak słonie.

Stać mnie na szczęście na tutejszą Barberę (22–25€), a wypatrzony we florenckiej winotece Alessi rocznik 2000 przechowywałem pieczołowicie jak najprawdziwszy skarb. Dziewięć lat jak na Barberę to sporo, ale w rodzinie Conterno wina robi się od początku z myślą o bardzo długim starzeniu. W ostatnią niedzielę Barbera 2000 była w stanie przedziwnie bezczasowym. Kolor, bukiet, smak miały w sobie coś z wina bardzo starego – zapach starego kantorku z jego klejami, stemplami, pożółkłym papierem; woń starej wełnianej marynarki, ojcowskiej fajki, starych rękawiczek, wiernego psa; zapach samochodu z lat sześćdziesiątych, gdy za skórzaną tapicerkę nie płaciło się ekstra. Zarazem wszak wino żywe, technicznie wciąż młode, z potencjałem, przede wszystkim z uwagi na ostrą jak cytryna kwasowość i zaczepne garbniki w gorzkawej końcówce. Wino surowe jak milcząca rozmowa, nieznające pochwały, wytrwałe wytrwałością własnych, głęboko wpojonych zasad. Tę Barberę w beczkach zakupionych przez Jakuba leżakował Jan, a do Florencji wysłał ją Robert. Dziwny smak miała ta Barbera: minionych czasów, zapomnianych dni. Smak przeszłości żyjącej w rzeczach, które wytworzyliśmy.

Jana Conterno niby nie ma, a jednak jest.

29 Styczeń 2010

Musaromania

Na zaproszenie swego importera Centrum Wina nawiedził Warszawę jeden z wielkich winiarzy tego świata, Serge Hochar. Serge Hochar, czyli Château Musar. Château Musar, czyli ukochane wino winomanów na całym świecie. Szalone, postrzelone, do niczego niepodobne wino postrzelonego winiarza. Cabernet Sauvignon z podgórskich glin w Libanie, powstający (co jakiś czas) pod ostrzałem izraelskich kartaczy, w kraju rządzonym (co jakiś czas) przez wojowniczą islamską juntę grożącą batami za picie alkoholu. Wino, które w pojedynkę stworzyło współczesną historię wina w Libanie; wino, które jako jedyne z całego wschodniego Śródziemnomorza na stałe zadomowiło się w światowych rankingach i przewodnikach.

Musar jest ostatnio na fali. Wiele niedawnych roczników już obrosło legendą – 1995, 2000, a zwłaszcza fenomenalny 1999 – a wprowadzenie „drugiej etykiety” Hochar Père & Fils okazało się wielkim komercyjnym sukcesem. Winifikacyjna obecność tego fils, czyli Gastona Hochara, też daje się odczuć w coraz lepszym dopracowaniu win. W Polsce Musar jest już znany koneserom, ale zasługuje na to, by jego sława zatoczyła szersze kręgi; szkoda więc, że styczniowa degustacja nie była lepiej rozreklamowana i że szansy spróbowania win nie dostała tzw. opinia publiczna.

Château Musar jest winem, które odwdzięcza się pijącemu wprost proporcjonalnie do wysiłku włożonego w jego zrozumienie. Degustacja z lotu ptaka jako przerywnik w diecie złożonej z supertoskanów i malbeków skończy się zapewne wzruszeniem ramion, natomiast kto Musara umie parę godzin zdekantować, wysupłać sumkę na starszy rocznik, upiec zwieziony z hali udziec barani, te smaki zapamięta na długo. Smaki dziwne – w bukiecie Musara pojawia się na przykład charakterystyczna nuta migdałowo-octowa, która dla niektórych jest zupełną anatemą (niektóre roczniki z uwagi na poziom kwasowości lotnej miały kłopot z dopuszczeniem do sprzedaży na niektórych rynkach), a usta często łączą żywioły całkiem wobec siebie przeciwne (i mało „współczesne”), jak leciutkie utlenienie, ostrą kwasowość, mocarne garbniki, ewoluowany, mało świeży owoc.

Te wszystkie niuanse, jako się rzekło, zasługują na degustacyjną staranność i cierpliwość, toteż z natury rzeczy godzinny przegląd sześciu win był cokolwiek hasłowy. Co z niego zapamiętałem? Serge Hochar jest być może największym bajarzem wśród winiarzy; restajling najtańszej etykiety przemianowanej na Musar Jeune okazał się operacją udaną (rocznik 2008 z dominantą Syrah jest świeższy i bardziej owocowy niż dawniej, ale zachowuje śródziemnomorsko-libański charakter i jest w swojej cenie świetną propozycją); Hochar Père & Fils w wieku lat sześciu to świetna butelka, którą niejedna winiarnia chciałaby mieć jako czołową etykietę (i tylko szkoda, że z europejskich 12€ robi się w Polsce 80 zł); białe Château (ale to już wiedzieliśmy) jeszcze bardziej niż czerwone potrzebuje czasu, by się otworzyć (2003 jest absolutnie niegotowy, za to 1999 daje już przedsmak swych możliwości); czerwone Château 2001 to rocznik „przejściowy”, dobry, ale na razie nieco suchy i toporny, bez większej głębi, choć i jemu czas będzie łaskawy; za to 2002 okazał się sensacją dnia, ze swą fenomenalną, przypominającą niemal Barolo malinową finezją. Musar do tej niewymownej jedwabistej elegancji dąży zawsze, lecz zwykle potrzebuje paru dekad, by ją osiągnąć (niezapomniana degustacja 1970 i 1978 w Bordeaux w 2007); tutaj mamy ten charakter podany od razu na tacy, w cenie młodego rocznika. Od razu kupiłem, ale szkoda, że z europejskich 25€ zrobiło się 174 zł. (Rocznik 2001 importowany jest także przez Wina.pl za 135 zł).

Kontynuuj czytanie →

22 Styczeń 2010

Pozszerzanie horyzontu

Gdy w Magazynie WINO 1/2008 zdawaliśmy sprawę z podróży do Tokaju, przyszłość wytrawnego Furminta stała jeszcze pod znakiem zapytania. Było już parę nadzwyczajnych butelek, ale też ocean miernych. Im więcej winiarzy próbowało z flagowej tokajskiej odmiany „na wytrawno”, tym ostrzej uwidaczniały się jej paradoksy: ciało i ekspresję owocu zapewnia jej tylko późny zbiór i zaawansowana dojrzałość gron, ale ceną jest wysoki alkohol i szlachetna pleśń (tutejsze winnice od XVI wieku sadzono, nie zapominajmy, by było jej jak najwięcej), rozmywająca mineralność w miodowo-korzennych fajerwerkach. W październiku 2007 w Tokaju powątpiewano tu i ówdzie w szanse Furminta w tej trudnej konkurencji. Ba, słyszałem wręcz opinie, że pieniądze postawiono na złego konia i że najlepsze wytrawne tokaje powinny powstawać z Hárslevelű.

Po przeszło dwóch latach wątpiący bronią się resztkami sił. Furmintowa rewolucja rozlała się szeroką ławą. Osiągnięcia Szepsy’ego, Demetera, Királyudvar (o nich słówko w poprzednim wpisie), Homonny czy Bott już nie zaskakują. Kto jednak pięć lat temu słyszał o Káradi & Berger, Kikelet, Ezsébet, Gézie Lenkeyu, Károlyu Barcie czy Istvánie Balassie? Ci kompletni outsiderzy gospodarujący na paru hektarach robią dziś wina na poziomie bardzo solidnych premiers crus. To oni dziś w największym stopniu zmieniają tokajski krajobraz.

Możliwości Furminta są coraz większe. Dawniej zgadzano się, że może być albo kwaśnym, zielonym cienkuszem, albo tłustawym jegomościem w stylu Viognier, w dodatku z trądzikiem botrytis. Albo wykrzywiający usta Hétszőlő, albo 15-procentowe przegięcia Árvaya. Gdy udawało się zrobić przejrzyście mineralne wino o świetnej równowadze, mówiono, że to albo nieopłacalne zabawy geniusza zbierającego z hektara 10 hl (Szepsy), albo zasługa 100-letnich krzewów, czyli rzecz nie do powtórzenia gdzie indziej (Homonna).

Okazało się jednak, że można można robić dużej klasy wina z młodej i niewybitnie wszak położonej parceli (Tokaj Nobilis Csirke 2009), zbierając grona w sierpniu i gwiżdżąc na tzw. fenoliczną dojrzałość (Határi 2008 Homonny ma 12,3%!), fermentując wino w tuzinie dość przypadkowych beczek bez właściwie żadnego doświadczenia w winifikacji (Furmint Palandor 2008 Bergera był jednym z najlepszych całego wyjazdu), wypuszczając na rynek pierwszy rocznik w historii posiadłości (Öreg Király 2007 od Barty, za parę lat to będzie klasyk) albo produkując wszystkiego ledwie 532 butelki (Furmint Mézes Mály 2006 od Balassy).

Problematyka Furminta zaczyna być równie złożona jak burgundzkiego Chardonnay. Wielka debatą najbliższych lat będzie z pewnością fermentacja jabłkowo-mlekowa. Tradycyjnie jej nie stosowano, ale też tradycyjnie w Tokaju nie robiono win wytrawnych najwyższej klasy, mających leżakować kilkanaście lat. Przeciwnicy MLF (malolactic fermentation) argumentują, że wynikająca z niej maślano-śmietanowa gładkość zabija mineralną ekspresję terroir (Rieslingi reńskie nigdy nie przechodzą MLF). István Szepsy odpowiada, że agresywny kwas jabłkowy właśnie zasłania terroir (białe burgundy z Côte d’Or zawsze przechodzą MLF, a trudno odmówić im mineralności) i zachęca bakterie mlekowe do pracy we wszystkich swoich winach. Niektórzy winiarze praktykują podejście „naturalne”: MLF nie wzbudzają, ale jeśli sama się ziści, to się ziści.

MLF znacząco jednak zmienia charakter Furminta. Po naszych degustacjach mam wrażenie, że nie da się kochać jednocześnie jednego i drugiego typu win. I mam cokolwiek obrazoburcze przeczucie, że w przyszłości dla win Szepsy’ego będę żywił przede wszystkim szacunek, a namiętność zachowam dla ostrych jak brzytwa Furmintów Homonny i jego kumpli z Tokaji Bormívelők Társarsága, najciekawszego winiarskiego stowarzyszenia Młodej Europy.

15 Styczeń 2010

Przestawianie poprzeczki

Degustowanie tokaju w Tokaju to niełatwe zadanie. Pijący niczym archeolog musi przebijać się przez warstwy narosłych stereotypów, ocen i oczekiwań. Wszak tutejsze wina „się zna” właściwie na wylot i teoretycznie niewiele może tu zaskoczyć.

Jestem za, a nawet przeciw

Bo wszak królewski podwórzec Királyudvar wciąż emanuje niedzisiejszym spokojem, a mapa na ścianie nadal upstrzona jest plamkami firmowych winnic w tych samych miejscach. Zoltán Demeter nadal przedłuża degustację w nieskończoność, a jego wyżeł Levin tak samo jak jak dwa i trzy lata temu wchodzi pod degustacyjny stół w poszukiwaniu ukradkiem podsuwanych smakołyków. István Szepsy wyjmuje alzackie butelki z tej samej chłodziarki w kredensie i z identycznym akcentem wymawia słowa riolit, zeolit, andezyt.

Levin w akcji.

Degustacja u trzech gigantów Tokaju była więc próbą charakteru i weryfikacją uprzedzeń, uświadomionych bądź nie. Do Királyudvar przybyłem z gotową tyradą na forsowaną tu „loaryzację” Tokaju (właściciel posiadłości A. Hwang kupił też Domaine Huët w Vouvray i style zaczynają niebezpiecznie się zbliżać), lecz Demi-sec 2008, dziwny tokaj z 25g cukru okazał się zadziwiająco mineralny i zadziwiająco pyszny. Nie przepadam za furmintami z 60g cukru, a wszak Lapis 2008 jest fantastycznym przykładem mineralności niezakłóconej resztkowym cukrem.

W 2007 winiarze węgierscy uznali Zoltána Demetera za najlepszego spośród siebie.

Zoltánowi Demeterowi bardzo chciałem wyrzucić przesadny alkohol (który nadal cokolwiek straszy w Hárslevelű Szerelmi 2008 i 2009), a tu niespodzianka: furminty Veres i Kakas 2008 mają tylko 12,5% i fantastyczną zielono-cytrynową przejrzystość: przez ten wziernik spoglądamy bezpośrednio w głąb tokajskich grands crus w odmęt wulkanicznej pełni.

Nowe wytrawne wina Szepsy’ego wysławiałem pod niebiosa w Magazynie WINO 1/2008, lecz tym razem z trudem przebijałem się przez zwartą substancją Urbána, Király, Szt. Tamása 2008. Ich terroiryzm nie ulegał kwestii, lecz ogarnęły mnie wątpliwości, czy ta krągłość, bogatość, szerokość wynikająca z rygorystycznie tu przeprowadzanej fermentacji jabłkowo-mlekowej nie pozbawia Furminta życiodajnej kwasowej żyłki, która przy całej swej kontrowersyjności jest tego tak „naszego” szczepu cechą niewymienną.

István Szepsy i absolut (na pierwszym planie).

Lecz potem na stole stanął Furmint Szt. Tamás 2006, gdzie ta sama fermentacja mlekowa i to samo bogactwo oblekły się w niewypowiedzianą elegancję i subtelność rysunku, alkohol wyparował, mineralność pozbyła się twardości, zimowy krajobraz rozpogodził się i rozsłonecznił, Szepsy znów okazał się Midasem, który z najgorszej opresji potrafi wyjść genialnym, oksymoronicznym kalamburem. A potem na stole stanęły Aszú 6 Puttonyos 2005 i 2003. 2003, wino epickie, biblijne, legendarne, planetarne, niezmierzone, niewyrażone, esencjalne, transcendentalne. Przybyłem tu w cieniu mojej osobistej legendy Aszú 2000 i 2002, które Szepsy (z pomocą Demetera) zrobił w Királyudvar, lecz teraz przebił sam siebie i zrobił (kolejne) najlepsze wino na świecie.

9 Styczeń 2010

Lot w stratosferę

Bloger nie powinien dwa razy wchodzić do tej samej rzeki, a ja o winach Reinharda Löwensteina pisałem już dwa razy. Tamte zachwyty to jednak broszka w porównaniu z tym, co Löwenstein zaprezentował w roczniku 2008. (5 butelek na panel degustacyjny Magazynu WINO nadesłał importer 101win.pl). To są wina zawrotne, niezapomniane. Nawet najtańszy Schieferterrassen z olimpijską swobodą przeskoczył próg 90 punktów. Von Blauem Schiefer – w zasadzie wino klasy village mieszane z różnych winnic – ogromniał w kieliszku i był gotów rzucać wyzwanie wszystkim grands crus tego świata. Zaś trzy wina jednowinnicze zatrzymały bieg panelu na dobrych kilkanaście minut.

© Weingut Heymann-Löwenstein.

Winninger Uhlen to najwybitniejsza winnica Löwensteina. Rozciągająca się na potężnym łuku Mozeli, została przez winiarza podzielona na trzy wewnętrzne parcele różniące się subtelnie typem łupkowej gleby. I nie tylko – prowadzone tu badania biochemiczne wyodrębniły w próbce wina z Uhlen 31 żywych i 25 martwych szczepów drożdży. Ta wspomagana bardzo niskim siarkowaniem moszczu (o żadnym drożdżowaniu laboratoryjnymi „produktami” nie ma tu oczywiście mowy) bioróżnorodność w niezwykły sposób sprzyja złożoności i głębi win. Blaufüsser Lay jest zwykle Rieslingiem najbardziej u H.-L. strzelistym, kwasowym, mineralnym, głębokim, ascetycznym, krystalicznym – ale w 2008 zadziwia też niezwykle szykowną nutą różanego olejku i egzotycznych przypraw, łagodzącą skalną, niemal cebulową wytrawność. Laubach kryje w swych łupkach mniej żelaza, za to więcej dawnych morskich skamielin, nadających Rieslingowi sprężystej, niemal musującej kwasowej ekspresji. Z degustowanych przez nas win to było najtrudniejsze w odbiorze, ściśnięte, surowe, siarkowe, zredukowane, właściwie na granicy korkowej wady, zarazem z niezapomnianą mineralną iglicą w końcówce. To wino podziwia się jak niedościgły przykład gotyckiej architektury; degustator czuje się wobec niego tak mały, jak wobec katedry w Chartres.

© Weingut Heymann-Löwenstein.

Röttgen to osobna winnica, gdzie stare krzewy Rieslinga leżą na niemożliwie wąskich tarasach przycupniętych do pionowej ścianie. Lepsze nasłonecznienie owocuje tu zawsze winami bogatszymi, barokowymi, w których do mineralności dochodzi cukier resztkowy. W roczniku 2008 duet ten ma w sobie coś transcendentnego. Nie mogę wyobrazić sobie wina bardziej stopionego i skończonego, gdzie w sposób naturalniejszy brzoskwiniowa słodycz podpierałaby grejpfrutową kwasowość, a kwasowość pieprzną, słoną mineralność. Röttgen 2008 jest właściwie Rieslingiem półsłodkim, a zarazem – jak wszystkie arcydzielne Rieslingi mozelskie – anuluje pytania o cukier resztkowy i analityczny rozbiór. Tej dotykalnej obecności najbardziej dosłownego egzotycznego owocu – grejpfruta, ananasa, mango, passiflory – nie zapomina się godzinami. Röttgen 2008 to wycieczka w winiarską stratosferę, to wino roku, może dekady.

Paradoksem jest, że Heymann-Löwenstein swe najwybitniejsze w ostatnich latach wina – lepsze niż w 2006 czy 2007 – zrobił w roczniku ogólnie rzecz biorąc miernym, który przyniósł na niemieckiej niwie wiele rozczarowań (o tym już pisałem tu i tu). Podobnie było w 2003: gdy inni germańscy winiarze biadali nad przypieczonym przez kanikułę Rieslingiem i dzwonili gorączkowo do Australii po rady w zakresie dokwaszania, Reinhard Löwenstein miał w piwnicy wybitnie zrównoważone Rieslingi bez śladu ociężałości. Jego tajemnica? Biodynamiczna uprawa, absolutna uniżoność wobec terroir, ale zarazem pewność siebie, zdecydowanie winiarza racjonalnego. Wielkie wina nie powstają przypadkiem, choć rodzą się ze splotu okoliczności. Smakując te Rieslingi ma się poczucie obcowania z czymś epokowym.

3 Styczeń 2010

Bzdet noworoczny

József Simon Egri Sauvignon Blanc Barrique félédes 2002

Wśród licznych postanowień noworocznych zawarłem utrzymanie porządku w piwnicy i pozbywanie się z niej win nierokujących. Problem w tym, że czy jakieś wino rokuje, czy też nie – dowiadujemy się zwykle w chwili otwarcia butelki. Na półkach mam więc dużo takich, których rokowania stoją pod znakiem zapytania. Część z nich to wina złe, którym postanowiłem dać szansę na poprawę. Temu węgierskiemu Sauvignon dałem w czerwcu 2005 robocze 82 punkty.

Lubię wszak Simona Józsefa. Jego Don Simon 2000 czy Egri Bikavér 2003 są wśród najwybitniejszych butelek współczesnego Egeru. Lubię Simona za bezsprzeczność, z jaką łączy nowoczesną winifikację i współczesne smaki z szacunkiem dla egerskiej tradycji i osobności. Nie żywię do niego urazy nawet za to, że próbował mnie zamordować, każąc w imię węgiersko-polskiej przyjaźni pić duszkiem do dna kolejne bikavéry nalewane po brzeżek do mojego Schotta.

Simon József ma wszak sporą w moich oczach wadę. Jest nią miłość – zgoła azjatycka, protomadziarska – do tzw. mózgojebów (za przeproszeniem). Im więcej alkoholu, tym lepiej. Pinot Noir z 2002 ma ponad 16% i jeszcze sporo cukru, a Cabernet Sauvignon 2003 blisko 15% (choć taki Bikavér Barrique 2000 – jedno z lepszych w tutejszej karierze – tylko 12,5%). Jasne, klimat się zmienia, Węgry pustynnieją i się śródziemnomorzą i wysoki alkohol nie jest przywarą jedynie Simona Józsefa. Ferenc Takler w swoim Merlocie Primarius regularnie wzlatuje ponad 15%, Furminty Jánosa Árvaya miewają ponad 16%, mój ulubieniec Lájos Takács w 2007 r. w Somló też uzyskał magiczne 16%. Coraz trudniej znaleźć jest poważne czerwone wino węgierskie, które miałoby mniej niż 13,5–14%, i to w kraju, który do niedawna był jednym z najbardziej północnych na mapie wina.

Problem wysokiego alkoholu spędza sen z powiek winiarzom, krytykom i konsumentom na całym świecie i planetarna burza mózgów pozwoliła znaleźć już sporo dobrych remediów. Wyższa wydajność, powolna fermentacja na rdzennych drożdżach, odwrotna osmoza, zastrzyk źródlanej wody, a przede wszystkim wcześniejszy zbiór i dobór poźniej dojrzewających odmian – to wszystko od Pauillac po Barossę zaczyna dawać wymierne efekty.

Simona Józsefa to nie przekonuje. Po co zbierać grona ledwie-co-dojrzewające, skoro można zebrać grona już-lekko-przejrzałe, w całej krasie swoich słodkich, jesiennych, nadobnych zapachów? Po co sadzić w Egerze typowo południowe szczepy takie jak Sangiovese, Tannat czy Roussanne, skoro na całym świecie klienci proszę o Sauvignon Blanc? Pogoda w roczniku 2002 woli mocy winiarza sprzyjała i pozwoliła wyprodukować tego oto enologicznego gremlinka. Sauvignon 2002 ma 15,5% i klasyfikowany jest jako półsłodki, zatem kolejne 2% alkoholu zachowano w winie jako cukier resztkowy. Czekanie ze zbiorem Sauvignon Blanc, aż grona opanuje szlachetna pleśń i osiągną ponad 17,5%, jest kompletnym bzdetem. Podobnie jak walenie gotowego wina do nowej baryłki.

To wino nie jest technicznie niedobre. Jest czyste, ma ładną krągłość i półwytrawne miodowe smaki, a w bukiecie dostrzec można nawet wspomnienie nut zielonych tak typowych dla Sauvignon (tutaj gujawa, kiwi, papaja). Paląca gorzałowa końcówka sprawia jednak, że z trudem dopija się pierwszy kieliszek i ukradkiem spogląda w stronę drzwi. Cóż, taki rocznik, winogrona tak dojrzały – rzekłby zapewne Simon József – „nie interweniuję” (ten pyszny cytat podsłuchał kiedyś nad Loarą Marek Bieńczyk). Tyle że nie wiadomo o co w tym winie chodzi. Oprócz możliwości pobicia egerskiego rekordu alkoholu nie mówi nam absolutnie nic ani o Sauvignon Blanc, ani o terroir. Jest winiarskim bzdetem, chorym dzieckiem bezsensownych zamysłów. Oby takich win jak najmniej w nowym roku 2010.

31 Grudzień 2009

Marketing ćwierkany

Fattoria Le Pupille to jedna z czołowych posiadłości w toskańskiej Maremmie. Saffredi to najlepsze wino Le Pupille. Saffredi to jedno z czołowych win Maremmy. Być może najlepsze poza Sassicaią, Ornellaią i Solaią (i może jeszcze Grattamacco). Saffredi to jedna z czołowych kompozycji bordoskich w Toskanii. Być może jedna z najlepszych w całych Włoszech. Produkowane od 1987 r. Saffredi to jedno z najbardziej utytułowanych win Maremmy, Toskanii, a nawet Włoch…

Toscana Saffredi 2006

kosztuje 60€, a smakuje nawet na 65. Z pozoru jest winem nowoczesnym jakich wiele, dojrzałym, ciepłoklimatycznym Cabernetem jakich wiele, młodym czerwonym winem starzonym w nowych baryłkach, jakich wiele. Kolor czarnopurpurowy, nos waniliowotostowy, usta porzeczkowografitowe, końcówka słodkotaniczna, faktura słodkogęsta. Jeśli się wypiło w życiu dziesięć Cabernetów, jest to jedno z najlepszych win na świecie; jeśli sto Cabernetów, smakuje jak 50 z nich; jeśli jednak piło się od połowy lat 1990. rozliczne toskańskie Cabernety i Merloty, w rocznikach słonecznych i deszczowych, superbeczkowe i ultrabeczkowe, za drogie i o wiele za drogie, zaczyna się doceniać te drobne szczególiki, które świadczą o klasie Saffredi.

Na przykład przy żadnym z 2000 przełkniętych łyków tego wina nie odczułem na podniebieniu suchości. Tak precyzyjna ekstrakcja garbników kojarzy mi się zawsze z pracą jubilera; wyobrażam sobie enologa stojącego przy kadzi, otwierające kurek z macerującym winem co pięć minut, degustującym te próbki, o godzinie 21:45 dwudziestego piątego dnia maceracji decydującego o obciągu. Druga sprawa to fenomenalna jakość beczki. W pierwszym nosie beczka uderza i zniechęca, w drugim zaciekawia swą szlachetną waniliowością (a nie waniliną), w trzecim kłania się w pas precyzją aplikacji, w czwartym już jej nie czuć, po trzech minutach w kieliszku już się zintegrowała. W świecie wina da się podrobić już niemal wszystko, włącznie z nutami mineralnymi w Rieslingach z Nowego Świata (uzyskiwanymi staranną redukcją siarkową z użyciem najnowszej generacji zakrętek metalowych), ale luksusowego jedwabnego dotknięcia francuskiej beczułki z najwyższej półki za 1200–1500€ sztuka podrobić jeszcze się nie da.

Pisałem już o burzowych chmurach zbierających się nad konceptem supertoskanów (lub wymiennie – drogich win toskańskich z winogron francuskich) tu i tu, i właściwie przy okazji Saffredi 2006 nie mam wiele do dodania. Jest to wino najwyższej klasy (94 i 96 „punktów” przyznanych przez Parkera i Sucklinga to peryfrazy nieodległe od prawdy), bez którego mógłbym jednak łatwo żyć. Wolę proste czereśniowe Chianti od Isole e Olena czy Volpai, które nie jest winem wymyślonym w głowie latyfundysty inwestora, tylko naturalną ekspresją swego historycznego terroir. Lecz ten temat już wałkowaliśmy, nie ma sensu do niego wracać; chylę przed Saffredi i jego jubilerską techniczną jakością czoła.

Przy okazji jednak inny smaczek. Wśród wspomnianych jubilerskich szczególików jest i ten. W dawnych czasach wina tej klasy promowano na wypróbowane sposoby: produkowano mało, ustawiano wysoką cenę, poszczególnym odbiorcom starannie dozowano „alokacje”, zamawiano dizajnerskie etykiety, ciężkie butelki, 58-milimetrowe korki po 2,50€ za sztukę; wino prezentowano tylko dwa czy trzy razy do roku w londyńskim Dorchesterze albo nowojorskim Waldorf Astoria na klubowej degustacji najdroższego importera, organizowano megaprestiżową kolację z kawiorem i płatkami złota. Tu i ówdzie można było wykupić całostronicową reklamę, i to najlepiej nie w piśmie winiarskim, a jakimś Observerze czy Cigar Aficionado. Resztę załatwiał nimb luksusu i marketing szeptany.

W erze Web 2.0 kanały dojścia do podprogowej świadomości klientów się zmieniają. Dorchester jest passé, lepszy jest Twitter. Wynajęta przez Le Pupille firma PR wysłała butelki wybranym blogerom i internetowym winopisarzom z całego świata. Cztery flaszki trafiły do Polski, a niżej podpisany rozprowadził je po winiarskim światku. Efekty mogą Państwo przeczytać u Ewy Wieleżyńskiej, na Sstarwines, blogu Winobranie. Dzięki temu dowiedziałem się – na co nie zwróciłem aż tak bacznej uwagi – że obok absolutnej szczodrości owocu jest tu i wzorcowa kwasowość, którą pewnie dodano (proszę wybaczyć sprzeczność). Każdy z autorów mógł napisać co chciał (a nawet, uparłszy się, nie napisać w ogóle). Niezależność winomanów została więc zachowana, a zarazem po sieci rozpełzły się wieści o Saffredi ławą szerszą, niżby mogli to zapewnić bywalcy Dorchestera. Tak jest i będzie coraz częściej. Skoro Państwo czytają tego bloga, to już o tym wiedzą. Zatem do siego, internetowego roku!

28 Grudzień 2009

Królewska duma

Po napojeniu półsłodkimi Gruzinami cioć i wujków drugi dzień Świąt przyniósł mi chwilę wytchnienia i czysto egoistycznej winiarskiej przyjemności. A w kolorze czerwonym ma ona dla mnie na imię Barolo. Kocham Náoussę, kocham Frappato, ale moja miłość do piemonckiego króla win przerasta wszystko. Dlatego też z wdzięcznością przyjąłem w podarku butelkę od miłych państwa Januszkiewiczów, właścicieli warszawskiej restauracji Rubikon, którzy mają chwalebny zwyczaj dzielenia się ze mną swoimi odkryciami z podróży w winiarski teren.

 

Jednym z odkryć jest niewielka, 9-hektarowa posiadłość Giovanni Rosso na wschodzie apelacji Barolo, w gminie Serralunga d’Alba. Mało znana szerokiej publiczności, przez przewodniki streszczana paroma słowami i ocenami w stanie średnim, produkuje – poza klasycznymi Dolcetto, Barbera i Langhe Nebbiolo – trzy Barolo w stylu bardzo tradycyjnym, starzone w dużych beczkach. Mieszane z różnych winnic Barolo Serralunga zwróciło już dawniej moją uwagę czystością, szykiem i świetnym stosunkiem jakości do ceny. Nawet bardzo słaby w tych okolicach rocznik 2002 udał się tu niezgorzej, a wino dostępne w karcie restauracji Rubikon za 199 zł zaleca się ładnie kwiatową perfumą i czystym, tonicznym owocem na podniebieniu. Natomiast

Giovanni Rosso Barolo Cerretta 2003

to już zupełnie inna historia. Cerretta to winnica w gminie Serralunga o oślepiająco białej, wapiennej glebie, rodzącej jedne z najbardziej długowiecznych Barolo. Od otwarcia butelki, nalania do kieliszków, barwy wiosennego tulipana, od pierwszego bukietu malinowo-tulipanowo-miętowego Cerretta zachwyca fantastyczną elegancją i niewymuszonym stylem. Bez żadnych kompleksów wobec nowej baryłki i międzynarodowego stylu, genialnie świeża, czysta jak diament, dumna ze swojej tradycji, respektująca charakter swojej odmiany i siedliska w sposób, który ma w sobie coś z etycznego imperatywu, a nie stylistycznego „wyboru”.

Spędziłem z tą butelką długie godziny, niezmiennie zachwycony jej autentyzmem i wytwornością. Czas i tlen nie imały się jej, Cerretta na trzeci dzień nadal stała wyprostowana, jakby połknęła mineralny kij. 2003, rocznik diabła, tak dojmujący w wielu winach z zachodu Europy, nie odcisnął tu właściwie żadnego piętna (jak w wielu Barolo – pisałem o tym w Magazynie WINO 4/2007). Lecz w końcu kogo to dziwi? Król nie byłby królem, gdyby kłaniał się diabłu. Piłem w tym roku parę lepszych, głębyszych, bardziej złożonych Barolo, lecz bodaj żadnego tak poruszająco autentycznego.

26 Grudzień 2009

Gruziński geniusz

Po wypiciu wszystkich świątecznych szampanów, chablis, meursaultów i bonnes-marów nadchodzi w życiu winomana ta trudna chwila, gdy zegar wybija godzinę szesnastą, w domu pojawiają się kolejni goście, na stole ląduje piernik, sernik, makowiec i szarlotka, ale co przytomniejsi proszą o pokrojone jabłko, a nadto trzeba naparzyć czarnej herbaty. No i podać do tego jakiś alkohol, który nie byłby koniakiem ani grappą, bo głowy i wątroby już nie te. Jak z tego wybrnąć? Porto też za mocne, Spätlese za lekkie, tokaj za kwaśny, vinsanto nie ma pod ręką. Sytuacja robi się nerwowa, bo nie ma na całym świecie wina, które obsłużyłoby tak skomplikowane wymagania i jeszcze wniosło do świątecznego równania wartość dodaną.

A właśnie że jest. Gruzińskie. Czerwone. Półsłodkie (o zgrozo!). Chwanczkara, Achaszeni, Odżaleszi, Kindzmarauli to nie nazwiska bojowników kaukaskiego zrywu narodowowyzwoleńczego, tylko słynnych gruzińskich win lekko-ćwierć-półsłodkich, na które winomanowi wypada kręcić nosem. Bo jakże to, poważny człowiek ma pić z uśmiechem półsłodkie? Takiego winiarskiego ni psa, ni wydrę? W dodatku kręcą sami Gruzini, że to wino „dla kobiet” (w Gruzji jest to faktycznie obelga); prawdziwi mężczyźni piją tylko utlenione wytrawne białe. Więc kręciłem i ja, dając czasami z uprzejmości 85 czy 86 punktów, ale nie mogąc się przekonać do tego wiśniówkowego smaku i koślawego cukru na podniebieniu.

Dziś, miotając się w amoku po piwnicy szukając wina pasującego do keksu i Darjeelingu, chwyciłem tę oto przywiezioną w 2005 z Gruzji flaszę

Telavi Wine Cellar Usakhelauri 2000

najrzadszego z gruzińskich „połsałodców”, powstającego dziś w liczbie ledwie tysiąca flasz z niemal wymarłego, starożytnego szczepu usachelauri (majętni mogą nabyć je u importera Marani). I od razu po nalaniu do zniecierpliwionych kieliszków doceniłem geniusz gruzińskiego narodu. To był właśnie ten smak. Ani za słodki, by nie znużyć znużonych już dwudniowym biesiadowaniem podniebień, ani za cierpkie, by nie przestraszyć cioci; trochę kwaskowate, trochę przymilnie owocowe, głębokie, świeże, autentyczne, winne co się zowie (co za ulga po „winie” z aronii próbowanym u wujka rok temu). Makowiec zniknął w trymiga, wino popijane herbatą nie mierziło, a po co drugim łyku komentowaliśmy jeszcze, jakie dobre rzeczy potrafią zrobić w tej Gruzji. Włosi mają swoje vini da meditazione, a Gruzini, ten najbardziej wygadany naród na świecie, rozkochany w przemówieniach, toastach, eposach, apostrofach, peryfrazach, wykształcili przez tysiąclecia swoje vino da conversazione. Chwała Gruzji i gaumardżos!

24 Grudzień 2009

Święta