21 Marzec 2010

Na kłopoty Muscadet

Na początek tego niezwykłego degustacyjnego tygodnia (o którym już tu) Marek Popielski ze 101win.pl uraczył nas serią fascynujących win loarskich, które (być może) znajdą się w katalogu w najbliższych miesiącach. Fascynujących, ale często też trudnych w odbiorze i kontrowersyjnych. Trudność jest wszak immanentną cechą najważniejszej loarskiej odmiany, czyli Chenin Blanc. Kiedy się uda, jak w recenzowanym niedawno Château de la Varière albo w pitym w ten poniedziałek Domaine de Bellivière Coteaux du Loir L’Effraie 2007, trafnie półwytrawnym, bardzo mineralnym winie z ładnymi nutami cytrusowego olejku, Chenin dostarcza wielkich emocji, ale bywa też kompletną kulą w płot: takie było prowokujące Anjou La Feuille d’Or 2007 od Philippe’a Delesveaux (od lat nie piłem wina tak obrzydliwie, bo czubek nosa zredukowanego). Podobnie w przypadku win czerwonych: sławne Alphonse Mellot Sancerre La Moussière 2007 to właściwie świetne Pinot Noir, pełne, dopracowane, mineralne, ale jakoś denerwujące swą z czasem coraz bardziej panoszącą się nutą tostowej beczki. Zachwyciło za to królewskie czerwone Chinon La Croix Boissée 2007 of Bernarda Baudry’ego, największego mistrza cabernet franc; ta bardzo młoda butelka otwierała się z każdą chwilą na powietrzu i po półgodzinie jaśniała oślepiającym porzeczkowym blaskiem krzyształu górskiego; wśród cabernetów z górnej półki, wszak mocno ekstrahowanych, zaznających dobrodziejstw nowej dębiny, rzadko spotyka się wino tak bezkompromisowo czyste.

© Michał Popielski, 101win.pl.

Lecz winami najbardziej wartymi mszy okazały się cztery Muscadety. Te najbardziej niedoceniane wina Francji i całego świata, ci najwierniejsi towarzysze mineralnych eksploracji, niezastąpione szlagiery do ostryg, muli, śledzi i sardynek. Dwa duże nazwiska pojawiły się na horyzoncie katalogu 101win.pl (a zapowiadane jest trzecie, najświetniejsze: Domaine de la Pépière): Domaine de la Haute-Févrie i Joseph Landron. To pierwsze proponuje wina dobrze jak na Muscadety zbudowane, o sporej, choć wciąż zgodnej z mineralno-cytrynową poetyką materii, szczególnie w Moulin de la Gustais 2007. Joseph Landron to winiarz o bardziej autorskim zacięciu, jego wina są nieco dokładniejsze, a zarazem bardziej szalone: takie Fief du Breuil 2008 (czołowa etykieta Landrona, którą można leżakować nawet 15 lat) wprowadza do paradygmatu Muscadeta nuty wręcz owoców tropikalnych, ananasa, brzoskwini, na tle tej nie do pomylenia z niczym innym chrupkiej, słonawej, cytrynowej, granitowej mineralności. Lecz bardzo, wprost niebywale podobało mi się zwykłe Muscadet sur lie Domaine de la Louvetrie 2009, właściwie gotowe do picia (poza drobną nutą redukcyjną), arcysoczyste, cudnie mineralne i nie tak proste, jak sugerowałaby to obiecana cena 37 zł. To wino jako pierwsze z nowego rocznika 2009 włożę do piwnicy (o czym więcej w naszym nowy materiale Wina na lata o winach do długiego starzenia).

© Michał Popielski, 101win.pl.

Dzięki świetnym strzałom Marka Popielskiego wzbogaciliśmy się o ważne wina z tej wartej zainteresowania apelacji, jaką jest Muscadet. Mamy wszakże już obdzielone medalami Magazynu WINO Domaine Bonnet-Huteau oraz Pierre Luneau-Papin Clos des Allées z Wina.pl (to ostatnie, o świetnej granitowej głębi, polecam najusilniej) oraz nie na poziomie tu cytowanych, ale solidne i soczyste Frères Couillaud Sélection Vieilles Vignes 2007 (37 zł w La Vinothèque). A na domiar dobrego sezon na ostrygi i mule trwa jeszcze kilka tygodni.

16 Marzec 2010

Winiarski zen

Patrick Meyer. © Pierre Hybre.

Tegoroczne idy marcowe, zarówno historycznie, jak i biodynamicznie (od godz. 14 „dzień liścia”) zapowiadały się markotnie, a okazały się dniem pamiętnym. O degustacji win loarskich w 101win.pl powiem parę słów jutro, lecz sprawiedliwość muszę oddać przede wszystkim degustacji dziesięciu butelek od Alzatczyka Juliena Meyera. Cztery lata po zarzuceniu dyskretnej przynęty (patrz moja notka w Magazynie WINO 1/2006, a później w Winach Europy 2009) wina tego nadzwyczajnego winiarza wreszcie pojawiły się w Polsce, w Enotece Polskiej, i to po nader atrakcyjnych cenach (od 42 zł do 127 zł za grand cru).

A są zaiste niezwykłe. Próbowaliśmy przede wszystkim rocznika 2008. Różne szczepy, różne siedliska, różne pomysły na wina – pomysły Natury, dodajmy, gdyż Patrick Meyer należy do winiarzy usuwających się w cień i podporządkowujących się wyrokom przyrody; nieprzypadkowo na jego etykietach słowo Nature wybite jest większą czcionką niż Meyer. Piliśmy zatem przedziwnie mineralnego i niesłodkiego Pinot Gris (ewenement w Alzacji, gdzie szczep ten dusi się pod coraz większą górą cukru resztkowego), oleisto-kwiatowy, wybitnie stylowy Muscat Petite Fleur, o zachwycającej głębi i mineralności Pinot Blanc Les Pierres Chaudes (takiego Pinot Blanc ze świecą szukać), Rieslinga Zellberg o słono-pieprznej ekspresji, jakby był bez mała przyprawą kuchenną, oraz jeszcze bardziej niesłychanego Sylvanera Zellberg, gdzie ciepła parcela i szlachetna pleśń nadają tej cienkiej, kwaśnej zwykle w Alzacji odmianie zupełnie nowy wymiar.

© Pierre Hybre.

Przedziwny był krajobraz, jaki te wina przed nami rozpostarły. Patrick Meyer stroni od cukru, ale też od alkoholu, zbiera winogrona najwcześniej ze wszystkich, nawet jego Gewurztraminery mają zaledwie 13%! Cechą wybijającą się wszystkich win jest wysoka kwasowość, całkowita wytrawność, szczupłość, strzelistość i swoiście zabarwiona odcieniami bieli i szarości mineralność. Meyer hołduje zasadom biodynamiki, w bukietach pojawiają się różne nuty – jabłkowe, jabłeczne, octowe, kiszone, fermentacyjne – które moi współtowarzysze kojarzyli z tą szeroko omawianą już przeze mnie i innych filozofią – lecz wszak nie mówi to wszystkiego, bowiem biodynamiczność win Meyera jest od innych biodynamiczności o wiele delikatniejsza, dyskretna, niedopowiedziana, a zarazem mniej przypadkowa, mniej żywiołowa i dzika.

Dziwny krajobraz otworzył się przed nami z tych kieliszków, płaski, bezkresny, bezczasowy; jesienne zdarzenia koleje winobrania i fermentacji przykryła w nich zobojętniejąca warstwa zimowego śniegu; barwy u zarania ciemnozłote rozświetliły się białym światłem. Wiązką obojętnego ciepła wydaje się w ustach ich kwasowość, a mineralność – jak prowokacyjnie, lecz w końcu trafnie podsunął jeden ze współtowarzyszy – polegała na braku owocu. Są to w ogóle wina osobliwego braku różnych rzeczy: owocu, alkoholu, słodyczy, ewolucji, pozorów, ambicji. Podobnie jak obsesyjnie puste są tutejsze etykiety i hipnotyzująco puste wewnętrznym spokojem jest najtańsze wino Meyera, Nature, w którym nie ma nic poza tautologiczną obecnością białego mineralnego wina z alzackich piasków.

Poza 2008 próbowaliśmy dwóch win ze znacznie cieplejszego rocznika 2007: Gewurztraminera Heissenberg i najbardziej prestiżowej etykiety Meyera, Rieslinga grand cru Muenchberg. Oba w swoich szczepowych ramach zadziwiały bukietami kwiatowymi zarazem bujnymi i niedopowiedzianymi, delikatnymi smakami, które przy dojrzalszej niż w 2008 kwasowości były tak samo bezkompromisowo (lub lepiej: naturalnie) wytrawne. Oba świetne i warte swoich umiarkowanych cen.

A jednak nie mogły zamazać wspomnienia białej pustki win z 2008. Inny współdegustator wspomniał w prywatnej rozmowie: „mam wrażenie, że ten rocznik się Meyerowi bardzo udał”. W rzeczy samej. Wina mają mniej wszystkiego niż w 2007. Są bardziej zen. Pogodzone, bez pragnień, niezmienne, białe jak śnieg, który pada pospołu na wieczne alzackie piaski i chwilowe zbytki winiarskiego światka.

© Pierre Hybre.

14 Marzec 2010

Krewetki duszone

Warszawska degustacja Gambero Rosso odbiła się już niejakim echem w winoblogosferze (tututu). Sądząc po frekwencyjnym sukcesie oraz ilości achów nad Sassicaią 2006 (istotnie nadzwyczajna to flasza), impreza odpowiedziała na autentyczne zapotrzebowanie polskiego winomaniaka. Chcąc nie chcąc, jest to jedna z ważniejszych degustacji na naszym prowincjonalnym podwórku.

Degustacja w jasno 16 identycznych win. © Piotr Niemyjski.

Czemu nie chcąc? Jeśli pominąć standardowe zastrzeżenia wobec stojących degustacji na hotelowych wykładzinach, gdy najbardziej używaną częścią ciała poza podniebieniem górnym jest łokieć, a wina czerwone pije się w 25oC, nad „Czerwoną Krewetką” wisi znak zapytania natury ideowo-politycznej. Przewodnik ten czytuje się bez podniecenia, które towarzyszyło jego dawnych edycjom z lat 1990., gdy włoskie winiarstwo było polem walki nowego i dobrego ze starym i złym, a wszyscyśmy (?) kibicowali Scavino, Dal Forno, Pàtrimo i Giorgio Primo. Dziś rewolucyjny zapał przeminął, jesteśmy boleśnie mądrzejsi, wrażliwsi na niuanse, mniej podatni na proste odpowiedzi. Opiniotwórcza moc Gambero Rosso jest ułamkiem dawnej siebie (i to paradoksalnie w chwili, gdy jest czytelniejszy i kompletniejszy niż kiedykolwiek, otworzywszy się na wina spoza modernistycznego nurtu), a doszły do tego nieprzyjemne kłótnie w rodzinie (w 2008 r. zwolniono założyciela przewodnika Stefano Bonillego) i niejasne interesy prowadzone wokół przewodnika. Podobnie jak z ministrem posądzonym o lobbing albo żonatym szwagrem widywanym w kawiarni z sekretarką można powiedzieć, że „niesmak pozostał”.

Lecz nawet pomijając osobę gospodarza trzeba powiedzieć, że degustacja była chwilami wyjątkowo irytująca. Modernistyczne wina spod jednej sztancy, przebeczkowane, ekstraktywne, chorobliwie alkoholowe (nie udało mi się na przykład dostrzec żadnej różnicy pomiędzy pięcioma prezentowanymi na komentowanym seminarium Montepulciano d’Abruzzo), wyuczone formułki zastępców dyrektora eksportu, zblazowanie, arogancja i kosmiczne ceny: Gambero Rosso Roadshow to klub wzajemnej adoracji, gdzie przemysłowcy i finansiści duszą się w jednym sosie z „ambitnymi” spółdzielniami i mniejszymi winiarniami, którym w taki czy inny sposób udało się wkręcić w tę drogą imprezę.

Massimo Marai, dyrektor eksportu (a jakże) Provenzy. © Piotr Niemyjski.

Do dziś nie mam pojęcia, co w tym towarzystwie robi posiadłość Provenza znad jeziora Garda. Ze swymi 80 hektarami jest z pewnością jedną z najmniejszych krewetek, a jej wina z notorycznie niemodnej odmiany Trebbiano di Lugana można nazwać dowolnie, tylko nie „światowymi markami” w rodzaju Gai czy Antinorich. Zapewne dlatego smak tutejszego Trebbiano był ożywczy i rozpromieniający jak pierwszych wiosennych truskawek. Od na wskroś poważnego, mineralnego jak górski kryształ Brut Cà Maiol 2007 (ciekawszego od sławnych bąbelków na B. i F., prezentowanych w tej samej sali), przez zadziwiające połączeniem smaków ziemisto-porzeczkowych i powietrzną elegancją Garda Classico Rosso Negrasco 2007 (głównie z odmian Groppello i Marzemino, nigdy wszak przez Gambero Rosso nie hołubionych), aż po dwie białe Lugany, najlepsze wina z tej drugo- (trzecio-?) ligowej apelacji, jakie próbowałem. Selezione Fabio Contato 2007 romansuje krótko z beczką, ale robi to z dużą gracją, przedkładając mineralną prawdę nad maślaną szminkę; to naprawdę doskonała winifikacja w niełatwych warunkach szczepowych. Jeszcze większe wrażenie zrobiła jednak Lugana Molin 2008, gdzie Trebbiano obywa się bez wsparcia dębiny, a typowy dla odmiany, mało aromatyczny bukiet nie zapowiada wielkich rzeczy, ale usta są fenomenalnie mineralne, czyste, eleganckie, zwarte, konsekwentne, na temat, w odróżnieniu od marketingowych gadek prezentowanych przy innych stolikach. Czy tylko dla mnie terroiryzm Provenzy stał w tak ostrej sprzeczności z słodko-kwaśnym sosem, w którym dusiły się inne krewetki?

10 Marzec 2010

Wieczór z iluzjonistą

Winiarska Warszawa (Polska?) żyje jutrzejszą degustacją Gambero Rosso (dla chętnych – od godz. 16 w Sheratonie). Niby takie tłoczne degustacje, gdzie o kieliszek Sassicai walczy się na łokcie, wywołują słuszny sceptycyzm znawców, niby gwiazda przewodnika “Gambero Rosso” z różnych, polityczno-biznesowych względów nieco dziś przygasła, a najwyższa przezeń przyznawana nota Trzech Kieliszków nie jest, jak dekadę temu, uniwersalną wyrocznią A jednak na degustację Gambero Rosso czeka się z podnieceniem właściwym wydarzeniom dużej rangi.

Jutro będzie walka na łokcie o Sassicaię, sprinterskie seminaria z dwudziestoma amarone w godzinę, stres niemożności zdegustowania wszystkiego. Dziś natomiast jest dzień zrelaksowanych spotkań z producentami i przedpremierowego kosztowania różnych flaszek. Wypełniłem go umbryjskim Sangiovese i tyrolskim Chardonnay, a zakończyłem Prosecco, winem, którym za mało się w Polsce interesujemy i zbyt rzadko świętujemy jego beztroskimi bąbelkami codzienne sukcesy. Może snobujemy się sądząc, że to cienkusz i balon, a nam ułańska fantazja pozwala pić tylko szampana? Życie bez Prosecco jest wszak uboższe, nawet jeśli mamy w lodówce dużo Clos des Goisses. Pokazał to wieczór z producentem Nino Franco, udowadniający, że Prosecco nie musi być balonowym cienkuszem, a może być winem o cudnej finezji i niespodziewanej mineralności. Nie dizajnerskiej finezji paryskiej ulicy, tylko finezji weneckiego śniadania u Floriana, powietrza pełnego zapachu kawy, kwiatów i cukru pudru.

Winnice firmy Nino Franco. © Nino Franco.

Naprawdę dobre Prosecco bodaj trudniej zrobić niż dobrego szampana czy burgunda. Trzeba bowiem immanentną nicość odmiany i gatunku przekuć w elegancką metaforę, półcień, niedopowiedzenie; jak wielki scenograf czy operator zasugerować, wyrazić czymś, czego na scenie nie ma. Rodzina Franco dobrze opanowała tę sztukę magicznych sztuczek, drobnych gestów, takich jak selekcja absolutnie nietkniętych, chirurgicznie wręcz czystych gron czy siarkowanie moszczu dokładnie w tej minucie tego dnia fermentacji, kiedy trzeba.
Piliśmy trzy różne Prosecco, z których Rustico 2009 wystarczyło w pełni do szczęścia, a Brut 2009 podniecająco wypełniało podniebienie swą pienistą materią i gruszkowym woalem; niby się pamiętało, że to wszystko bańka mydlana, winiarskie trompe l’oeil, a wszak w tej winiarskiej choreografii czy lepiej: prestidigitatorstwie było coś do cna przekonującego; iluzja na chwilę stawała się prawdziwym życiem.

© Nino Franco.

A potem do fletów nalano nam Grave di Stecca 2008, bańka mydlana pękła i odsłoniła mineralność. Spojrzeliśmy po sobie zdumieni. Czarodziej wyciągnął z kapelusza prawdziwego gołębia pokoju. Za magiczną sztuczką stał morał. Prosecco to błyskotka, ale i w świecie błyskotek szczerość ma moc przemiany miedziaka w złoto, pozoru w uczucie, wody w wino.

5 Marzec 2010

Biały kruk

Mas de Daumas Gassac Blanc 1996

Z pewną miłośniczką Gassaka miałem szczęście wypić tę butelkę. Świetnie przechowana, wino jest zdrowe, toniczne. Lecz zaczyna się od zdumienia niezwykle słodkim, niemal likierowym bukietem oraz ustami tak słodkimi, że zgaduje się 10–15 g cukru resztkowego; przy dość niskiej kwasowości (to normalne dla białego Gassaka) ma się wrażenie picia Auslese. Dopiero w końcówce przychodzi moment soczystszy, bardziej mineralny. Przy całej swej słodyczy i niskiej kwasowości rzecz zachowuje przy tym podziwu godną świeżość.

Mas de Daumas Gassac to historyczna posiadłość langwedocka, wraz z Grange des Pères i Prieuré de Saint-Jean-de-Bébian architekt sukcesu regionu który w 1978 roku, gdy Aimé i Véronique Guibertowie zbierali pierwszy rocznik swego Cabernet Sauvignon, znany był wyłącznie ze stołowych sikaczy i nikomu nie przychodziło do głowy, że będzie kiedyś sprzedawał swoje (najlepsze) wina po cenie dobrych burgundów. Gassac to ulubiona posiadłość wielu winomanów i pasjonatów, przez innych z kolei ostentacyjnie zbywana, również ze względu na swoje konotacje polityczne i cywilizacyjne (do historii przeszła już Stańczykowa obrona Langwedocji przez inwestycją kalifornijskiego giganta Mondaviego). Ja zaliczam się do Gassaka apologetów. Uwielbiam tutejsze tanie wina Moulin de Gassac, produkowane z winogron skupowanych od okolicznych chłopów pod warunkiem, że nie będą wyrywali starych krzewów. No i uwielbiam czerwone Mas de Daumas Gassac, wino o fascynującej panoramie smaków i pięknej długowieczności.

Mam jednak szczególną słabość do Gassaka białego, wina jeszcze bardziej szalonego niż czerwone, powstającego ze dziwacznej mieszanki szczepów: Chardonnay, Viognier, Petit Manseng (odmiana rodem z likierowych Jurançon), Chenin Blanc oraz ok. 10% zbieraniny winogron z całego świata, wśród których są Furmint i Rkatsiteli, a nawet jakieś wymarłe odmiany armeńskie i mezopotamskie. Może to one dają te przedziwne nuty korzenne i mineralne w tutejszych legendarnych bukietach.

Rocznik 1996, jako się rzekło, okazał się winem szalonym, przejrzałym, późnozbiorowym, niezbyt głębokim czy złożonym pomimo swego poważnego wieku, a wszak urzekającym jakąś naturszczykową czystością, niezakłamaniem, jednolitością rzeźby wykutej z jednego skalnego bloku o idealnej bieli. I jak wszystkie wina Gassac, niezwykle zyskał na dekantacji, wtapiając swoje nuty słodkie (w których upatrywaliśmy wpływu Petit Manseng, odmiany praktycznie nieużywanej do produkcji win wytrawnych) w bardziej harmonijną, spójną progresję do mineralnego finiszu. Ze skalnego bloku o dwóch całkiem innych płaszczyznach stał się jeszcze bardziej jednolitą kulą. Stare i młode jednocześnie, o smakach znajomych, a zarazem zupełnie niezwykłych; gładkie, płaskie i bezkwasowe, a wszakże tak świeże.

Pionowa degustacja zorganizowana w 2007 r. przez Revue du Vin de France uznała 1996 za jeden z najlepszych roczników białego Gassaka. Ja aż tak szerokiego porównania nie mam, z pewnością podobał mi się bardziej niż rozczarowujący, płaski 2000 (Francuzi z kolei go lubią), ale zachowuję bardzo wielkie wspomnienie 1992 i zwłaszcza 1991. W młodszych rocznikach mam wrażenie lekkiej korekty kursu w stronę większej świeżości (zwiększyła się bodaj proporcja Chenin Blanc) i nieco bardziej kwiatowych, zalecających się bukietów, ale dopiero czas potwierdzi te wrażenia.

I na koniec przytyk dla polskiego importera Gassaka – Vinariusa – który od lat sprzedaje flagowe wino czerwone posiadłości, a od jakiegoś czasu z powodzeniem proponuje również tańszą serię Moulin de Gassac, lecz nigdy nie zdobył się na sprowadzenie choćby paru skrzynek Mas de Daumas Gassac Blanc. „Niesprzedawalne”?

4 Marzec 2010

Na inny temat

Wejście od 6 kwietnia (rezerwacje w internecie), ale fotki możecie zobaczyć u mnie już dziś! Jakie wino będą podawać w kawiarence – nie wiem. Może burgunda A. Chopin & Fils, którego zgłoszono na ostatni panel Magazynu WINO?

21 Luty 2010

Trudna miłość

Przez moje dwa ostatnie dni w Toskanii piłem i degustowałem Brunello di Montalcino. Na wokandzie stanął świeżutki rocznik 2005. Krótko mówiąc – słaby. Cienki, niedojrzały, ćwierćowocowy, za to niemiłosiernie garbnikowy (brak ciała bezlitośnie obnażył w wielu winach nadekstraktywność, która jest dziś największą plagą Toskanii). Porównawcze degustacje jak ta, gdy w sportowym tempie degustuje się 80 czy 100 tak podobnych win, z natury rzeczy nie sprzyjają wielkim emocjom, lecz tym razem było po prostu ciężko i smutno.

O dwie gwiazdki za dużo.

Brunello w ogóle w ostatnich latach nie rozpieszcza winomanów. Rosnące ceny, buta i arogancja producentów, straszliwy skandal Brunellopoli z dodawaniem do win niedozwolonych szczepów (skończył się na razie połowicznym rozstrzygnięciem: kilku sławnych producentów zmuszonych zostało do zdeklasowania sporej części rocznika 2003, ale uniknęło poważniejszych konsekwencji; pisaliśmy o nim tu i tu, a szerzej np. Vino Wire), wreszcie o wiele słabszy od oczekiwań rocznik 2004 – trudno oprzeć się wrażeniu, że „król włoskich win” (a na pewno toskańskich) osuwa się coraz bardziej w mierność.

Przy okazji rocznika 2005 potwierdziła się stara prawda, że wielkie roczniki są w Montalcino wspanialsze niż w innych apelacjach toskańskich, ale te średnie są średniejsze, a słabe o wiele słabsze. To, co piło się bez ekstazy, ale z rozsądną przyjemnością w Chianti i Vino Nobile di Montepulciano (pomimo szalejącej tu ostrzej niż gdzie indziej nadekstrakcji), a nawet w Rosso di Montalcino, w Brunello okazało się nie do zaakceptowania. Zawiedli nawet ci, którzy nigdy dotąd nie zawodzili – Lambardi, Lisini, Mastrojanni, Campogiovanni, Biondi-Santi wypuścili wina niewarte swoich nazwisk i nazwy Brunello. Win godnych polecenia (zwłaszcza w swoich cenach) będzie nie więcej niż tuzin. (O tych szerzej w najbliższym kwietniowym numerze Magazynu WINO).

Ciemności kryją ziemię.

A jednak kocham Brunello. Kocham miłością zranioną i rozczarowaną, a jednak pełną nadziei i dobrej woli na pogodzenie. Tak jak jest się wiernym – by nawiązać do aktualnych wydarzeń – wiecznie pudłującemu biatloniście, któremu pamięta się przez lata ten jeden wielki bieg bez pudła, albo podstarzałemu pianiście, knocącemu z coraz większym nieumiarem, którego piano wszak kiedyś poruszało do łez. Pijąc Brunello 2005 męczyłem się i złorzeczyłem szkaradnie, lecz potem Andrea Costanti nalał swej Riservy 2001 i to była ta elegancja, ten sznyt, ten jedwab, ta cudna porzeczka, o które w tej zabawie chodzi. Miałem już dość Sangiovese na cały dwutysięczny dziesiąty rok, lecz potem do kieliszka trafiło Rosso di Montalcino 2007 od Gianniego Brunelli, dziwne, cienkie jak sycylijskie cerasuolo wino barwy karminowych ust Claudii Cardinale, zwiewne jak pierwsze wiosenne tulipany na krakowskim Rynku, kwaśne jak poranna spremuta, które przez magiczną sekundę uświadomiło, że w Montalcino możliwa jest jeszcze nowa, prawdomówna wiosna. Na pewno wrócę do Brunello, mimo wszystko.

18 Luty 2010

Chianti parzyste i nieparzyste

Stałą datą w kalendarzu degustatora są toskańskie Anteprimy, czyli prezentacje nowego rocznika przez triumwirat apelacji Chianti, Vino Nobile di Montepulciano i Brunello di Montalcino. Coś, co brzmi jak niezłe wakacje, jest w istocie wymagającym solidnego treningu biegiem przez kwasowo-garbnikowe przeszkody. Czasu jest mało, win do degustacji – sporo (w Chianti – 359 sztuk), a okazja do spróbowania tych mniej znanych już się nie powtórzy. Trzeba więc nie zważając na urazy zacisnąć zęby i biec.

W odróżnieniu od Montepulciano i Montalcino we Florencji prezentowane są różne roczniki w zależności od tego, kto kiedy butelkuje i wypuszcza swoje Chianti normale, półriservę, riservę i superriservę. Ja wziąłem na warsztat roczniki najstarsze z szerzej dostępnych – Chianti Classico 2007 i Riservę 2006. Trudno o większy kontrast. 2006 to rocznik upalnego lata, szczodrego owocu, miękkich garbników, śródziemnomorskiej radości życia; rocznik Sangiovese, które zapomina o swych traumach i zaczyna nowe życie z przystojną/ym Latynoską/em. 2007 to zimna jesień, kwasowa dyscyplina, karcąca obecność ojca i zaaranżowany ślub z nieciekawą(ym) kuzynką(em).

Gdy dwa lata temu na rynku ukazywały się proste Chianti z 2006, nie mogłem wyjść z zachwytu nad tą ekspresją owocu i bogactwem materii; wydawało się, że udało się wreszcie rozwiązać paradoks Sangiovese i z tego niewdzięcznego szczepu zrobić wreszcie baterię win królewsko zmysłowych i widowiskowych, bez jednak poświęcania jego typowości (mój pean na temat Rosso di Montalcino można przeczytać tu). Dziś, gdy Chianti Riserva odleżały się kolejny rok w butelkach, ten entuzjazm trzeba nieco zweryfikować. Romans z Latynoską(em) był inspirujący i ognisty, ale płytki i prędko się skończył. Sporo win razi dziś niejaką pustką, a te pięknie zaokrąglone kształty wydają się dziś zbyt opasłe. Wiele win przywdziało już bukiety cokolwiek zestarzone, zamieniając słodkie czereśnie i jeżyny na stajnię i sztukamięs; można odnieść wrażenie, że niektóre będą miały kłopot z przeżyciem w pełni sił kolejnych czterech lat.

Wśród rozczarowań i połowicznych sukcesów znalazł się wszakże jeden brylant – znany Państwu doskonale Isole e Olena Chianti Classico 2006. To wino, słabo zwykle wypadające w degustacjach porównawczych (np. tu), okazało się najlżejszym i najmniej „ambitnym” z serii 108 degustowanych Chianti 2006, a zarazem najdłuższym. Tak jakby jego materię rozwałkować z rubensowskiej krągłości w strzelistą postać Giacomettiego. Ta rozmyślnie lekka, antypokazowa butelka nie daje o sobie zapomnieć przez długie godziny.

Degustacja rocznika 2007 nie była łatwa z uwagi na bardzo mocne garbniki i ostrą kwasowość, lecz nie po raz pierwszy okazało się, że to nie ognisty latynoski romans, lecz właśnie ślub z nudną kuzynką(em) jest najlepszą drogą do umocnienia pozycji rodu i rozwoju rodzinnego przedsiębiorstwa. Superstrukturalny 2007 rozwinął więc prawo trzyletniej serii, przynosząc wina podobnie jak w 1995, 1998, 2001 i 2004 klasyczne, wyważone, skoncentrowane, wycofane, z pewnym przerostem kwasowości, która zapewni mu długi żywot. Dziś jest o wiele za wcześnie, by te Chianti pić, lecz będą wynagradzały naszą cierpliwość co najmniej do 2015.

Win do degustacji we Florencji jest tyle, że zwykle robi się preselekcję na papierze i potem prosi sommelierów o te najsławniejsze, najlepiej wypadające z roku na rok, najlepiej reprezentowane na naszym rynku, najbardziej ukochane, najbardziej polecane przez ciocie i wujka (niepotrzebne skreślić). Robiłem tak w przeszłości i ja, przyznaję. W tym roku za cenę niedegustowania rocznika 2008 postanowiłem nie odpuścić żadnemu 2007. Dzięki temu oprócz potwierdzeń (znakomite Riecine, mocne Fontodi, pięknie owocowe Castello della Paneretta, proste, ale jak zwykle soczyste i autentyczne Castello di Verrazzano, supersolidne Il Colombaio di Cencio) zdarzyło mi się parę niespodzianek. Zainteresowanym podrzucam parę dynamicznych nowych nazwisk: Tenuta di Lilliano, Castello Il Palagio (nie mylić z Il Palagio tout court), Castagnoli (nie mylić z solidnym, ale niewyróżniającym się Rocca di Castagnoli), Fattoria di Cinciano, Castello di San Sano, Il Poggiolino.

Czarny koń rocznika 2007.

16 Luty 2010

Mieszczańsko i wygodnie

Po recenzowanym niedawno Conterno sięgnąłem po kolejną flaszkę z tych „wielkich”. Czołowy wytrawny Riesling czołowego alzackiego domu Weinbach to jedna z moich najcenniejszych białych butelek. Oczekiwałem doprawdy wiele. Lecz jak już pisałem ongiś tu, Alzacja to kraina winiarskich sprzeczności i spotkanie z jej winami często przebiega niezgodnie ze scenariuszem.

Alsace Grand Cru Schlossberg
Riesling Cuvée Sainte-Catherine 2002

Wino zaskakuje od początku – dość wysokim jak na konserwatywne gusta pań Weinbach alkoholem (13,5%), sporą już jak na siedmioletniego Rieslinga ewolucją – mamy to sporo pszczelego wosku, miodu, przypalonego masła; lecz największym zaskoczeniem jest spory cukier resztkowy. Zaskoczeniem, bo Colette, Laurence i Catherine Faller są zdecydowanymi przeciwniczkami cukru w winach alzackich i poza szczególnymi wyjątkami (jak słynne Riesling L’Inédit, w którym regularnie fermentacja się zatrzymuje) stoją  niezłomnie na straży wytrawności. W Schlossbergu 2002 tego cukru jest co najmniej (zgaduję) 10 g. Czy to źle? Ideowo – nie, technicznie – nie: cukier równoważy tu bardzo dobrą mineralność spod znaku białego pieprzu, a wino jest wyprostowane, czyste, dobrze reprezentuje przejrzysty styl Weinbach.

A jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ten cukier skradł Rieslingowi sporo złożoności i głębi – bo jak na siedmioletnie grand cru z bardzo dobrego rocznika nie było ich tak znowu wiele; nie mogłem oprzeć się podejrzeniu, że wbrew stereotypowi cukier popchnął Rieslinga ku szybszej ewolucji – bo jak na siedem lat wino jest nieco zbyt miodowe i tostowe. I nie mogłem nie poczuć lekkiej nostalgii za arcywytrawnym, bezkompromisowym stylem niektórych win Weinbachów, bardziej stymulującym i elektryzującym niż wygodna, syta, mieszczańska maślaność tego 2002.

9 Luty 2010

Ta druga Galicja

W rozsyłanym właśnie do Państwa numerze lutowym Magazynu WINO (pierwszej odsłonie naszego nowego graficznego wcielenia) Ewa Wieleżyńska i Tomasz Prange-Barczyński opowiadają o wycieczce do Ribeiro w hiszpańskiej Galicji. Pozazdrościłem im tej podróży do krainy wiecznej zieleni, boskich owoców morza i cudnie świeżych, kwasowych win białych. Szczęściem natknąłem się na promocję win galicyjskiej w winiarskim dziale delikatesów Alma i atlantyckie smaki skonsumowałem we własnej kuchni.

Vinigalicia Ribeiro Cumio 2008

Ewa i Tomek kreślą obraz Ribeiro jako mało znanej, ale ponętnej winiarskiej okolicy z dużymi widokami na przyszłość. Casal de Armán, Coto de Gomariz czy Viña Meín z pewnością takie widoki mają, ale degustując drugi garnitur szybko spostrzega się, że Ribeiro wciąż jest apelacją, gdzie wiele win jest po prostu słabych. Atrakcyjnie prezentujące się Cumio jest tanie (26 zł, co czyni zeń jedną z absolutnie najtańszych propozycji w drogiej Almie), ale też nijakie i nazbyt kompromisowe. A kompromis polega tu na pozostawieniu cukru resztkowego, przez co „atlantyckość” tej butelki zostaje całkiem zamazana na rzecz internacjonalnej miękkości. Sama cienkość nie jest jeszcze potwarzą, szczególnie na galicyjskiej ziemi, lecz brak wyrazistej kwasowości i komercyjny słodzik już trochę są. Wino jest na tyle neutralne, że nie ma co się rozwodzić o jego interakcjach z jedzeniem; bodaj najlepiej sprawdzi się podane w temperaturze 6oC na wiosenny aperitif (lecz wtedy sięgnąć powinniśmy już po rocznik 2009).

Coto Redondo Rías Baixas Señorío de Rubiós 2008

za 11 zł więcej to już inna, o wiele ciekawsza historia. Rías Baixas kojarzy nam się z winami z czystego Albariño, tymczasem tutaj odmiana ta pojawia się w towarzystwie lżejszych, kwaśniejszych szczepów – Loureiry, Treixadury i Godello – które przez wieki dotrzymywały Albariño towarzystwa w wieloszczepowych mieszankach. Dziś zachowały się zwłaszcza w galicyjskim interiorze, jak Ribeiro właśnie, lecz tu i ówdzie można je jeszcze znaleźć także w Rías Baixas – choć wielki komercyjny sukces Albariño skazuje je raczej na powolną agonię. To z pewnością udziałowi Loureiry i Treixadury zawdzięczamy, że Rubiós jest bardzo żywe, cytrynowe, wręcz ogórkowe, z dobrą wszak mineralnością i przyzwoitym ciałem. Nie sposób stawiać tego wina na równi z dostępnymi w Polsce Albariño, ale jest od nich znacząco tańsze. W tej cenie oceniam je wysoko: dobrze przekazuje swe granitowe terroir, jest czyste, pije się świetnie, zwłaszcza do lekkich dań morskich, jak mule czy sercówki.

...a nawet i nie mule, i nie sercówki. / fot. Tomasz Prange-Barczyński